Wczoraj późnym wieczorem w Pjongjangu odbyły się rozmowy ministrów spraw zagranicznych Korei Północnej i Chin, którzy zobowiązali się do wzajemnego wsparcia na arenie międzynarodowej. Dzisiaj Wang Yi przyjął Kim Jong-un.
W komunikatach wydanych przez obie strony nie ujawniono zbyt wielu szczegółów dotyczących rozmów, skupiono się natomiast na ich wspólnej ideologii socjalistycznej oraz „historycznym” szczycie, który odbył się we wrześniu ubiegłego roku między Kim Jong Unem a Xi Jinpingiem.
Według komunikatu chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Pekin wyraził gotowość do współpracy z KRLD w wielu obszarach w celu wzmocnienia „komunikacji strategicznej,” stworzenia „większych korzyści” dla obu państwa oraz „wspólnego promowania pokoju i rozwoju w regionie.”
Obie strony uzgodniły, że wspólnie uczczą 65. rocznicę podpisania w 1961 roku Traktatu o przyjaźni, współpracy i wzajemnej pomocy, jak podają północnokoreańskie media państwowe oraz oświadczenie Pekinu. Rocznica przypada w lipcu i zastanawiam się, czy tak wczesna podróż Wang Yi, nie oznacza przypadkiem, że do Pjongjangu w lipcu wybierze się sam Xi Jinping?
Niektórzy dziennika doszukują się jednak rozbieżności w komunikatach obydwu stron.
Północnokoreańska gazeta „Rodong Sinmun” poinformowała, że Wang potwierdził „stanowcze i niezachwiane stanowisko” Chin w sprawie ochrony i rozwoju przyjaźni chińsko-północnokoreańskiej „niezależnie od zmian sytuacji międzynarodowej,” co nie znalazło się w komunikacie Pekinu. Tymczasem chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych podkreśliło, że KRLD „w pełni popiera zasadę jednych Chin”, wspierając stanowisko Pekinu w „kluczowych kwestiach, w tym dotyczących Tajwanu, Tybetu i Xinjiangu.” Państwowe media KRLD nie wspomniały o tym. W komunikacie chińskim stwierdzono również, że przeprowadzono „dogłębną wymianę poglądów” na temat bieżących kwestii międzynarodowych i regionalnych – chiński eufemizm, który zazwyczaj oznacza, że obie strony szczerze przedstawiły swoje stanowiska, często odzwierciedlając różnice, a nie porozumienie.
Moim zdaniem jednak nie należy przywiązywać zbyt dużej wagi do tych różnic. KRLD na każdym kroku podkreśla swoją niezależność i byłoby wręcz podejrzliwe, gdyby Pjongjang powtarzał słowo w słowo narrację Pekinu. To wszystko nie zmienia faktu, że klan Kimów osiągnął sukces i zmusił Pekin do uznania swojej autonomii. We wrześniu ubiegłego roku Kim Dzong Un nie tylko przybył do Pekinu, aby wziąć udział w obchodach 80. rocznicy zakończenia II wojny światowej, gdzie był honorowym gościem na równi tylko w Putinem, ale też zabrał ze sobą córkę, Kim Ju Ae. To był nie tylko jej dyplomatyczny debiut, ale też wyraźny sygnał ze strony Pekinu, że nie będzie już próbował ingerować w kwestię sukcesji tronu w Pjongjangu.
Kto jeszcze pamięta, jak na początku rządów Kim Dzong Una (po 2011 roku) Chiny starały się wpływać na Pjongjang poprzez sieć powiązań z wpływowymi dygnitarzami oraz posiadanie „alternatywnych” kandydatów do władzy? Wczesne lata rządów Kim Dzong Una to okres brutalnej emancypacji spod wpływów Pekinu. Poprzez czystki (egzekucję wuja Jang Song-thaek) i eliminację rywali (brata Kim Jong-nam, otrutego na lotnisku w Malezji) Kim zniszczył chińskie kanały ingerencji, zmuszając Pekin do zaakceptowania go jako jedynego, suwerennego partnera, z którym Chiny – ze względów strategicznych – muszą współpracować mimo braku wzajemnego zaufania. Deal z Putniem, ale też umiejętne pogrywanie Trumpem też poszerzyło pole działania Korei Północnej wobec Chin.
No nie można ująć Kimowi umiejętności politycznych. Na przestrzeni ostatnich 15 lat rozegrał przeciwko sobie trzy mocarstwa nuklearne.
