Donald Trump zapewnił Xi Jinpinga, że łączy ich wielka przyjaźń. Xi odpowiedział, że Ameryka i Chiny powinny zdrowo konkurować, współpracować i unikać pułapki Tukidydesa. Nad Białym Domem przeleciały samoloty, maszerowali żołnierze w historycznych strojach, podano uroczystą kolację, a prezydent USA pokazał chińskiemu przywódcy nowe lądowisko dla śmigłowców. Jeżeli dyplomację mierzyć marmurem, fanfarami i liczbą kamerdynerów na metr kwadratowy, szczyt był wydarzeniem historycznym. Jeżeli mierzyć ją tym, co rzeczywiście zmieniło się w relacjach obu mocarstw, rezultat był po prostu jałowy.
Najważniejszym osiągnięciem wizyty okazało się przedłużenie o dwa miesiące rozejmu handlowego. Cła, metale ziem rzadkich, ograniczenia eksportu technologii i chińskie zobowiązania zakupowe zostały przesunięte na kolejne rundy negocjacji. Chiński komunikat poinformował wprawdzie o „nowym wspólnym ustaleniu”, lecz jego treści nie ujawniono. To rozwiązanie bardzo dyplomatyczne, ponieważ pozwala jednocześnie ogłosić postęp i pozostawić sobie pełną swobodę co do tego, co właściwie zostało uzgodnione. W negocjacjach istnieje żelazna zasada, że nic nie jest ustalone, dopóki wszystko nie jest ustalone. Waszyngton i Pekin opracowały jej wersję dla mocarstw atomowych i jeśli porozumienie nie jest jeszcze gotowe, trzeba przynajmniej uzgodnić, że rozmowy będą trwały.
Najbardziej reprezentatywna była rozmowa o AI. Xi mówił o odpowiedzialnym rozwoju, kontroli ryzyka i potrzebie utrzymania technologii pod nadzorem człowieka. Trump wyraził gotowość do dalszego dialogu. Problem w tym, że retoryka odpowiedzialności nie zmienia logiki technologicznego wyścigu. USA nadal traktują dostęp Chin do najbardziej zaawansowanych chipów jako kwestię bezpieczeństwa narodowego. Pekin nadal chce osłabić amerykańskie ograniczenia i przyspiesza rozwój własnych technologii. Dwa państwa prowadzą więc rywalizację, której stawką jest przewaga gospodarcza i wojskowa, jednocześnie deklarując, że bardzo zależy im na bezpiecznym rozwoju AI. To trochę tak, jakby dwóch bokserów uzgodniło przed walką, że bezpieczeństwo w sporcie jest najważniejsze, po czym każdy oczekiwał, że to ten drugi zdejmie kask i wypluje ochraniacz na zęby.
Jeszcze mniej zmieniło się — na całe szczęście — w sprawie Tajwanu. Xi ponownie zażądał od USA „sprzeciwu wobec niepodległości Tajwanu”. Waszyngton tradycyjnie mówi, że nie popiera niepodległości. Różnica jest drobna wyłącznie dla osób, które nie zajmują się dyplomacją. Nie widać oznak zmiany amerykańskiej polityki, a najważniejszy punkt zapalny w relacjach obu stron pozostał dokładnie tam, gdzie był wcześniej. To być może bardziej znaczące niż najbardziej efektowne deklaracje szczytu. Pekin i Waszyngton wolą dziś zarządzać ryzykiem niż próbować rozstrzygnąć konflikt interesów, którego żaden z nich nie jest gotowy rozwiązać na warunkach drugiego, a na kompromis nie ma miejsca.
Obie strony przedstawiły wizytę zgodnie z własnymi potrzebami. Pekin mówił o stabilności, konstruktywnych relacjach i wspólnych ustaleniach. Waszyngton podkreślał negocjacje, presję handlową i potrzebę dalszych rozmów. Xi mówił, że Chiny i USA nie powinny nadmiernie zabezpieczać się przed sobą. Tymczasem oba państwa właśnie na tym spędzają znaczną część czasu. USA próbują zmniejszyć zależność od chińskich minerałów, dostawców i komponentów. Chiny próbują zmniejszyć zależność od amerykańskich półprzewodników, oprogramowania i technologii. Amerykanie budują alternatywne łańcuchy dostaw. Chińczycy budują substytuty zachodnich technologii. Wszyscy zapewniają przy tym, że nie chodzi o rozdzielenie gospodarek. Najwyraźniej „decoupling” jest oficjalnie niedopuszczalny, ale przygotowywanie się do niego jest po prostu rozsądną polityką przemysłową. I właśnie tu znajduje się prawdziwy sens wizyty.
Obie strony chcą kupić czas. Waszyngton potrzebuje go, aby odbudować zdolności przemysłowe, zabezpieczyć technologie i ograniczyć strategiczne zależności. Pekin potrzebuje go, aby zwiększyć samowystarczalność, stworzyć alternatywne rynki i uczynić gospodarkę odporniejszą na kolejne amerykańskie sankcje. Nie mamy więc do czynienia z odprężeniem. To raczej zabezpieczenie sobie pola bitwy przed długą zimną wojną.
W chwili pisania tekstu nadal brak pełnego komunikatu Białego Domu. Teoretycznie może on ujawnić ukryty przełom. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że amerykański dokument okaże się równie miałki jak chiński. Będzie zawierał dużo o stabilności, dialogu i dalszych rozmowach, mało o zmianie strategicznych interesów którejkolwiek ze stron.
To nie znaczy, że szczyt był bez znaczenia. Jego znaczenie polega właśnie na tym, że obie strony uznały, iż konflikt powinien pozostać pod kontrolą, dopóki każda z nich nie będzie lepiej przygotowana na następną fazę rywalizacji.
Trump i Xi nie spotkali się, aby zakończyć zapobiec zimnej wojnie, ale aby uzgodnić, że jeszcze przez jakiś czas nie będzie ona zbyt gorąca.
