Korea Południowa dysponuje jedną z najsilniejszych armii w Azji. Nadal jednak czeka na zgodę Waszyngtonu na dowodzenie połączonymi siłami w przypadku wojny na swoim własnym terytorium. Amerykanie, jak zwykle, mają listę warunków, które ciągle ulegają zmianie.

Wyobraźmy sobie rozwinięte państwo przemysłowe, produkujące półprzewodniki, okręty wojenne i samoloty bojowe, dysponujące armią liczącą setki tysięcy żołnierzy. Następnie okazuje się sobie, że w przypadku wybuchu wojny na terytorium tego państwa żaden z jego generałów nie przejmie automatycznie dowództwa nad połączonymi siłami, które będą go bronić.

Chodzi o tak zwaną „kontrolę operacyjną w czasie wojny” (Wartime Operational Control – OPCON) między Seulem a Waszyngtonem. Żeby było jasne, to nie oznacza, że Amerykańscy oficerowie mogą wydawać rozkazy każdemu koreańskiemu żołnierzowi, kiedy tylko zechcą. Jest to uprawnienie dla amerykańskiego dowódcy w Korei do kierowania siłami przeznaczonymi do operacji połączonych oraz do organizowania ich zadań w czasie wojny.

Korzenie tego porozumienia sięgają wojny koreańskiej w latach 1950–1953, kiedy to Seul podporządkował swoje siły dowództwu ONZ pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych. W 1978 r. odpowiedzialność ta przeszła na amerykańsko-koreańskie dowództwo sił połączonych. Seul odzyskał kontrolę operacyjną w czasie pokoju w 1994 r., pozostawiając jednak dowództwo nad wspólnymi operacjami wojennymi w rękach amerykańskiego generała.

Obecne porozumienie nie oznacza, że Korea Południowa utraciła prawną suwerenność nad swoją armią. Władze cywilne obu państw zachowują swoje uprawnienia, a dowódca połączonych sił nie może działać poza uzgodnionymi kompetencjami. Jednak symbolika polityczna pozostaje kłopotliwa dla Seulu. Korea południowa ma globalne ambicje, a nie kieruje samodzielnie połączoną strukturą wojskową odpowiedzialną za swoją obronę.

Prezydent Lee Jae-myung chce to zmienić przed końcem swojej kadencji w 2030 r. (na dzień dzisiejszy konstytucja dopuszcza tylko jedną kadencję głowy państwa). 19 października ogłosił, że Korea Południowa jest już w stanie przejąć odpowiedzialność za swoją obronę, a dalsze powierzenie kontroli operacyjnej innemu państwu nie jest już sytuacją akceptowalną. W jego narracji chodzi przede wszystkim o godność narodową.

Pentagon nie wydaje się jednak spieszyć. 20 października amerykańscy urzędnicy potwierdzili, że przekazanie dowództwa nastąpi dopiero po spełnieniu uzgodnionych warunków, wskazując, że sytuacja bezpieczeństwa zmienia się błyskawicznie. Jest to dyplomatyczny sposób na powiedzenie, że Waszyngton nie odrzuca wniosku, ale nie zamierza wyznaczać terminu, który zobowiązywałby go do jego realizacji.

Problem w tym, że nie jest to nowa kwestia. Już w 2015 r. uzgodniono plan, zawierający trzy główne warunki: (1) zdolność Korei Południowej do kierowania wspólnymi operacjami obronnymi; (2) dysponowanie przez sojuszników wystarczającymi środkami do przeciwdziałania użyciu broni jądrowej i rakietom Korei Północnej; oraz (3) istnienie sytuacji bezpieczeństwa umożliwiającej stabilne przekazanie dowództwa.

Gotowość ma być sprawdzana w trzech kolejnych etapach. Obie strony nadal pracują nad drugim etapem, dotyczącym pełnej zdolności operacyjnej. Po przekazaniu dowództwa połączonym siłom dowodzić będzie południowokoreański generał, a pomagać mu będzie amerykański zastępca. Nie będzie to oznaczało wycofania sił amerykańskich ani zakończenia sojuszu. Jednak właśnie tu pojawia się problem. Warunki, które na papierze wydają się techniczne, w praktyce mogą stać się wysoce polityczne.

W październiku amerykański generał Xavier Bronson ogłosił, że ewolucja zagrożeń ze strony Korei Północnej wymaga nowych mechanizmów i planów działania. Pjongjang rozwija siły nuklearne, a jego siły zbrojne zdobywają doświadczenie bojowe na Ukrainie. Z amerykańskiej perspektywy nowe dowództwo należy sprawdzać w świetle tych zagrożeń, a nie w oparciu o przestarzałe założenia. Z kolei urzędnicy w Seulu obawiają się, że sprawa zamieni się w niekończący się maraton. Im bliżej będą mety, tym trasa będzie bardziej wydłużana. Amerykanie mają też inne powody. Dowództwo wojskowe zapewnia Waszyngtonowi wpływ na wspólne planowanie i pomaga w zapewnieniu koordynacji między siłami konwencjonalnymi a amerykańskim parasolem nuklearnym. Ponadto narastające napięcia z Chinami rodzą pytania dotyczące regionalnej roli sił amerykańskich stacjonujących w Korei. Niemniej, oficjalnie Pentagon skupia się na gotowości bojowej i zmieniających się zagrożeniach.

Paradoks całej sytuacji polega na tym, że Administracja Trumpa chce, aby sojusznicy przejęli większą odpowiedzialność za swoją obronę. Jednak kiedy Korea Południowa domaga się większej roli, Waszyngton przypomina jej, że być może nie jest jeszcze na to gotowa.

Prawda jest też taka, że obie strony mają rozsądne argumenty. Korea Południowa nie jest państwem bezradnym, wymagającym stałej opieki, ale stoi w obliczu przeciwnika dysponującego bronią jądrową, co sprawia, że każdy błąd w dowodzeniu może mieć katastrofalne skutki. Kontrola operacyjna nie jest nagrodą, lecz ciężkim obowiązkiem.

Równocześnie prawdziwym sprawdzianem sojuszu nie jest to, czy Amerykanie są w stanie dowodzić Koreańczykami, ale czy kiedykolwiek będą gotowi walczyć pod koreańskim dowództwem.

Nieznane's awatar

Opublikował/a Michał Bogusz

Skomentuj

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.