W normalnych demokracjach buduje się drogi, aby połączyć miasta i wioski. Natomiast w Japonii wygląda na to, że jeden z ministrów wolał wykorzystywać je do połączenia lojalności politycznej z pieniędzmi publicznymi. A kto nie głosuje „jak trzeba”, ten być może będzie musiał nauczyć się chodzić na piechotę, a nie jeździć po drogach.
Yana Kazuo, były już minister rolnictwa, znalazł się w centrum nie jednego a dwóch skandali. Co ciekawe, żaden nie dotyczy ryżu ani cen warzyw. Najpierw Yana spotkał się z falą krytyki po ujawnieniu jego słów ze spotkania ze zwolennikami, które odbyło się w maju. Groził w nich zablokowaniem funduszy na rozwój infrastruktury drogowej dla gmin w prefekturze Tochigi. Powodem był fakt, że burmistrzowie tych miejscowości odmówili poparcia jego kandydatury w lutowych wyborach do parlamentu.
Kłopoty ministra nie zakończyły się jednak na tym. W drugiej sprawie Yana został oficjalnie oskarżony o złamanie japońskiej ustawy o wyborach na stanowiska publiczne. Zarzuca mu się, że w styczniu zorganizował darmowe autobusy, aby dowozić swoich zwolenników na kampanijne wydarzenia wyborcze. Działanie to, w świetle japońskiego prawa, zostało zakwalifikowane jako nielegalne udzielanie korzyści majątkowych wyborcom. Yana zaprzeczył popełnieniu jakiegokolwiek wykroczenia, ale jego zmieniające się wyjaśnienia nie pomogły mu zbytnio. W sondażu przeprowadzonym przez Japońską Korporację Radiowo-Telewizyjną 78% respondentów uznało jego wyjaśnienia za nie do przyjęcia.
W tym momencie na scenę wkroczyła premier Takaichi Sanae. Zaledwie miesiąc wcześniej mianowała ona Yanę w ramach rekonstrukcji rządu. Lecz zamiast szybko pozbyć się tego politycznego balastu, zdecydowała się tylko publicznie upomnieć go w parlamencie i poczekać na rozwój sytuacji. Oświadczyła, że nie zawaha się go odwołać, jeśli zostanie udowodnione naruszenie prawa.
Jednak opozycja, media i także społeczeństwo nie były gotowe czekać na wyniki długotrwałej analizy prawa administracyjnego. Partie opozycyjne zagroziły zablokowaniem debat parlamentarnych, w tym projektu obniżenia podatku konsumpcyjnego na artykuły spożywcze. W obliczu narastającej presji Yana złożył rezygnację 14 października, stając się pierwszym ministrem, który opuścił rząd po wrześniowym „nowym otwarciu”. Takaichi przyznała się do odpowiedzialności za jego mianowanie.
Problem polegał na tym, że przyznanie się do odpowiedzialności nastąpiło dopiero wtedy, gdy dymisja ministra stała się nieunikniona. Japoński wyborca, który może tolerować błędy, wydaje się mniej skłonny do tolerowania wahania się w ich naprawianiu.
Sondaż agencji Kyodo, przeprowadzony w dniach 17 i 18 października, wykazał, że poparcie dla rządu Takaeichi spadło do 49,1%, co stanowi spadek o 4,3 punktu procentowego w porównaniu z poprzednim miesiącem i jest najniższym poziomem od momentu objęcia przez nią władzy w październiku 2025 roku. 81,5% respondentów uznało, że dymisja ministra była uzasadniona, podczas gdy 57,7% stwierdziło, że premier zbyt długo zwlekała z jego odwołaniem.
Uczciwie trzeba przyznać, że nie można przypisywać spadku popularności rządu wyłącznie tej aferze. Ciężarem dla premier są również rosnące koszty utrzymania oraz obawy związane z polityką gospodarczą. Inne sondaże wykazały zresztą wyższy poziom poparcia dla Takaichi.
Jednak szkoda polityczna jest oczywista. Premier chciała uchodzić za zdecydowaną przywódczynię, a zamiast tego sprawiała wrażenie, jakby czekała, aż inni podejmą decyzję za nią.
