W Japonii trzydziestosekundowe opóźnienie pociągu stanowi powód do ogólnokrajowych przeprosin, w tym samym czasie procedury biurokratyczne mogą opóźniać się miesiącami, mimo że w cyberbezpieczeństwie liczy się dosłownie każda minuta.
24 października firma Global Media Online Internet (GMO Internet) zwróciła się do rządu z prośbą o wykorzystanie nowych uprawnień w zakresie aktywnej obrony cybernetycznej. To pierwszy przypadek, kiedy jeden z liderów japońskiego internetu zwraca się z prośbą o przekształcenie państwa z cyberpolicji w siłę zdolną do unieruchamiania sprzętu atakujących.
Firma nie ma nic wspólnego z organizmami modyfikowanymi genetycznie, choć jej angielski skrót mogłoby to sugerować. Jest to duża japońska grupa działająca w obszarze infrastruktury internetowej, rejestracji domen, hostingu w chmurze, cyberbezpieczeństwa oraz usług finansowych. Innymi słowy, jest to jedna z tych firm, które powinny wiedzieć, jak nie wpuścić hakerów do środka. Jednak komuś udało się włamać do jednego z kluczowych systemów w Japonii. Usługa Onamae.com Desktop Cloud, wykorzystywana zwłaszcza do uruchamiania programów do automatycznego handlu walutami, padła ofiarą ataku hackerskiego, który mógł dotknąć ponad 26 tysięcy serwerów. Firma potwierdziła wyciek danych oraz zgłoszenia dotyczące nieautoryzowanych transakcji finansowych. Wstrzymała działanie usługi i obiecała zrekompensować udokumentowane straty, a także wypłacić 5 000 JPY każdemu użytkownikowi. Z kolei hakerzy zażądali pieniędzy i grozili opublikowaniem skradzionych informacji. Firma odmówiła.
W tym momencie wkracza państwo. 1 października br. weszły w życie przepisy nowej japońskiej ustawy, która pozwala policji i Siłom Samoobrony, zgodnie z określonymi warunkami i pod niezależnym nadzorem, na uzyskanie dostępu do serwerów wykorzystywanych w poważnych atakach oraz na ich wyłączenie. Obejmuje to usuwanie złośliwego oprogramowania lub uniemożliwienie atakującemu korzystania z jego infrastruktury technicznej. Tokio nie chce już tylko zamykać drzwi po kradzieży, ale teraz chce także skonfiskować narzędzia złodzieja, zanim ten zakończy swoje dzieło. Jednak wniosek firmy GMO nie oznacza, że rząd faktycznie zgodził się na przeprowadzenie takiej operacji.
Również Chiny mają swoje miejsce w całej tej historii, choć niekoniecznie stoją za atakującymi. Japońska policja przypisała wcześniej kampanie szpiegostwa cybernetycznego wymierzone w japońskie instytucje grupie „MirrorFace”, która według jej oceny jest powiązana z chińskimi podmiotami. Nie ma jednak opublikowanych dowodów łączących Pekin z włamaniem do GMO. Mieszanie ataku kryminalnego ze szpiegostwem państwowym byłoby tutaj błędem analitycznym, choć wygodnym politycznie, ale wciąż błędem.
Problem jest wciąż jednak polityczny. Jeśli Japonia wykorzysta nowe uprawnienia przeciwko serwerowi znajdującemu się w Chinach, Pekin może uznać to za naruszenie swojej suwerenności, nawet jeśli serwer ten został zhakowany i jest wykorzystywany przez przestępców z państwa trzeciego. Operacja o charakterze obronnym może przerodzić się w kryzys dyplomatyczny. Im większa wzajemna nieufność między obydwoma stronami, tym ważniejsze staje się rozróżnienie między przestępczością, szpiegostwem a działaniami wojskowymi.
Całą ta sprawa ujawnia jeszcze jeden japoński paradoks. Społeczeństwo, które osiągnęło mistrzostwo w produkcji robotów i chipów elektronicznych, nie zawsze z taką samą szybkością wdraża cyfryzację w administracji i życiu codziennym. Procedury papierowe i tradycje instytucjonalne nadal utrudniają funkcjonowanie niektórych usług, a osoby starsze borykają się z trudnościami w korzystaniu z systemów cyfrowych. Wskaźnik e-administracji OECD przyznał Japonii 0,67 punktu, czyli poniżej średniej organizacji wynoszącej 0,70. Problemem nie jest niechęć do technologii, lecz trudność w zmianie instytucji i zwyczajów w tempie, w jakim zmienia się technologia. Co gorsza, szybka cyfryzacja bez implementacji odpowiednich procedur bezpieczeństwa, tylko potęguje problemy.
