Gdy gospodarka ma za dużo fabryk i za mało klientów, jedna odpowiedź wydaje się oczywista, że należałoby zrobić coś z klientami i dać im więcej pieniędzy. W Chinach jest inaczej. 17 września Xi Jinping polecił „dalej powiększać i wzmacniać” zaawansowany przemysł, zwiększać samowystarczalność łańcuchów dostaw i budować nowoczesny system przemysłowy, którego kręgosłupem ma pozostać produkcja. Premier Li Qiang dorzucił AI, inteligentne fabryki i rodzime technologie wysokiej klasy.
Najwyraźniej lekarstwem na nadmiar mocy produkcyjnych jest jeszcze odrobina mocy produkcyjnych.
Nie oznacza to, że strategia Xi jest pozbawiona sukcesów. Wręcz przeciwnie. W sierpniu produkcja przemysłowa wzrosła o 5,2% rok do roku, a produkcja wysokich technologii aż o 16,7%. Chiny dominują w bateriach, samochodach elektrycznych, fotowoltaice, szybko zwiększają możliwości w robotyce i półprzewodnikach. To imponująca transformacja gospodarki, która jeszcze niedawno kojarzyła się bardziej z betonem i mieszkaniami niż z HBM i humanoidami.
Kłopot polega na tym, że ktoś musi te wszystkie cuda kupić.
Sprzedaż detaliczna wzrosła w sierpniu zaledwie o 0,4%. Inwestycje w środki trwałe spadły w pierwszych ośmiu miesiącach roku o 7,2%, a w nieruchomości o niemal 20%. Zadłużenie gospodarstw domowych kurczy się. W sierpniu kredyty dla nich spadły szósty miesiąc z rzędu. Fabryki pracują więc coraz sprawniej w gospodarce, której mieszkańcy wykazują zadziwiająco mało entuzjazmu do kupowania tego, co te fabryki produkują.
Pekin oczywiście dostrzega problem konsumpcji. Jego ulubione lekarstwo jest jednak specyficzne. Zamiast dawać gospodarstwom domowym trwale więcej dochodu, pomaga im wydać pieniądze trochę szybciej.
Program trade-in dopłaca w 2026 roku między innymi do samochodów, lodówek, pralek, telewizorów, komputerów, smartfonów i inteligentnych zegarków. Na energooszczędną lodówkę można dostać 15% dopłaty, choć nie więcej niż 1500 RMB. To sympatyczna wiadomość dla kogoś, kto właśnie planował kupić lodówkę. Dla kogoś, kto obawia się utraty pracy, spadku wartości mieszkania albo rachunku za leczenie, jest nieco mniej przełomowa.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy ujmuje problem bardziej technokratycznym językiem. Jego zdaniem program wymiany sprzętu przede wszystkim przesuwa przyszłą konsumpcję w czasie, zamiast usuwać przyczyny wysokiej skłonności Chińczyków do oszczędzania. Fundusz proponuje większe emerytury wiejskie, wydatki zdrowotne, lepszą ochronę socjalną i szerszy dostęp migrantów do świadczeń miejskich. Według jego szacunków takie reformy mogłyby zwiększyć udział konsumpcji w PKB o kilka punktów procentowych.
Tu zaczyna się problem bardziej polityczny niż ekonomiczny. Xi od dawna ostrzega przed pułapką „welfaryzmu”, który miałby osłabiać pracowitość i uzależniać obywateli od państwa. Jeszcze w konsultacjach z MFW chińskie władze podkreślały, że wzrost wydatków socjalnych musi zależeć od rozwoju gospodarczego i stabilności finansów, a najlepszym sposobem zwiększania konsumpcji pozostaje zatrudnienie i wzrost dochodów.
To osobliwa logika. Subsydiowanie fabryki baterii to inwestycja. Wyższa emerytura dla wiejskiego gospodarstwa domowego grozi moralnym rozleniwieniem.
I tu tkwi zasadnicza sprzeczność modelu Xi. Pekin chce, aby Chińczycy więcej konsumowali, ale nie chce zrobić tego, co najpewniej skłoniłoby ich do konsumpcji, czyli trwale przesunąć większą część dochodu narodowego z państwa i przedsiębiorstw do gospodarstw domowych. Chce większego popytu bez większej siły nabywczej, mniejszej nadwyżki oszczędności bez rozbudowy państwa opiekuńczego i mniej nadprodukcji bez ograniczania inwestycji przemysłowych. Jak pisałem wielokrotnie, partia chce zmienić rezultat, zachowując mechanizm, który ten rezultat produkuje, ponieważ od tego zależy jej władza ekonomiczna nad Chinami. To trochę tak, jakby nakazać fabryce zmniejszyć zapasy produktów zalegających w magazynach, a następnie nagrodzić dyrektora za uruchomienie produkcji na trzeciej zmiany.
W rezultacie Pekin próbuje podnieść popyt bez zasadniczej zmiany podziału dochodu. To może działać przez kwartał czy dwa. Dopłata skłoni rodzinę do wcześniejszej wymiany pralki, ale nie sprawi jednak, że za rok kupi drugą. Jeśli gospodarstwa nadal będą oszczędzać z obawy przed kosztami zdrowia, starością i spadkiem cen mieszkań, to przemysł będzie produkował szybciej niż krajowy rynek potrafi konsumować.
Wtedy pozostaje eksport.
I właśnie on coraz bardziej podtrzymuje cały model. W sierpniu chiński eksport wzrósł aż o 25% rok do roku, a nadwyżka handlowa osiągnęła 119 mld USD. W skali roku Chiny zmierzają ku nadwyżce przekraczającej bilion USD. W samochodach presja jest szczególnie widoczna. Eksport odpowiada już za około 35% sprzedaży, pomagając zagospodarować moce, których chiński rynek nie potrzebuje.
To nie jest jednak rozwiązanie chińskiej nierównowagi. To próba wysłania jej kontenerowcem za granicę. Jeżeli gospodarstwa domowe konsumują zbyt mało, a państwo nadal kieruje kapitał do przemysłu, ktoś poza Chinami musi kupić nadwyżkę. Im większe będą fabryki, tym większy musi być zagraniczny klient. „Rebalancing” zaczyna więc oznaczać nie tyle zmianę modelu wzrostu, ile znalezienie nowych rynków, które zgodzą się finansować jego dalsze trwanie.
I tu logika polityki Xi staje się niemal merkantylistyczna. Państwo wspiera producentów, tłumi koszt kapitału, chroni strategiczne branże i buduje przewagę skali. W tym samym czasie gospodarstwa domowe pozostają relatywnie słabe, a różnicę ma wchłonąć zagranica. Sukces przemysłowy Chin wymaga zatem coraz większych deficytów handlowych gdzie indziej. To, co w Pekinie wygląda jak „modernizacja przemysłu”, w Brukseli, Delhi czy Brasílii może wyglądać jak zamykanie lokalnych fabryk.
Nic dziwnego, że Europa odpowiada cłami (za małymi jak widać na polskich ulicach) na samochody elektryczne, Stany Zjednoczone wznoszą bariery technologiczne i handlowe, a państwa rozwijające się coraz częściej obawiają się kolejnego China shock 2.0. Im lepiej działa chińska polityka przemysłowa przy słabym popycie krajowym, tym silniejszą reakcję ochronną wywołuje za granicą. Model staje się więc ofiarą własnego sukcesu, żeby działał dalej, Chiny muszą eksportować coraz więcej, ale im więcej eksportują, tym więcej państw próbuje je powstrzymać.
Xi postawił więc na gospodarkę o niezwykłej konstrukcji. Chiński robot ma być coraz tańszy, chińska bateria coraz lepsza, chińska fabryka coraz wydajniejsza, ale chiński konsument nadal powinien oszczędzać na emeryturę i na wypadek choroby. Można tak rozwijać przemysł bardzo długo. Jest tylko jeden drobiazg. Reszta świata musi zgodzić się zostać chińskim konsumentem ostatniej instancji, ale coraz wyraźniej nie ma na to ochoty. Dlatego moim zdaniem prędzej czy później (raczej później) nawet EU będzie musiała coś z tym zrobić.
