Na mapie strategicznej świata Pacyfik sprawia wrażenie pustki. Na mapie politycznej jest dokładnym przeciwieństwem. Rozrzucone na milionach kilometrów kwadratowych oceanu państwa wyspiarskie mają niewielką liczbę ludności, mikroskopijne armie, o ile w ogóle je mają, i gospodarki, których roczny produkt bywa mniejszy od obrotów średniej chińskiej firmy technologicznej. Mają jednak coś, czego w epoce rywalizacji mocarstw nie da się wyprodukować w fabryce, czyli lokalizację.
Dlatego chiński test rakietowy z 6 lipca okazał się politycznie bardziej kosztowny, niż mogłoby wynikać z jego czysto wojskowego znaczenia. Atomowy okręt podwodny ALW wystrzelił strategiczny pocisk balistyczny z atrapą głowicy w kierunku południowego Pacyfiku. Pekin nazwał próbę rutynowym elementem szkolenia i zapewnił, że nie była wymierzona w żadne państwo. Według dostępnych informacji trajektoria przebiegała jednak przez obszary wyłącznych stref ekonomicznych kilku państw wyspiarskich, a pocisk spadł w pobliżu stref Tuvalu i Kiribati. Chiny uprzedziły część partnerów, w tym Australię, lecz regionalne rządy uznały ostrzeżenie za niewystarczające.
Oczywiście, nie było to naruszenie przestrzeni powietrznej tych państw, ponieważ wyłączna strefa ekonomiczna nie daje suwerenności nad znajdującym się nad nią niebem. Nie był to również test broni jądrowej, ponieważ głowica była ćwiczebna. W regionie, w którym pamięć o setkach prób atomowych przeprowadzonych przez Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów pozostaje żywa, takie prawne rozróżnienia są jednak mniej uspokajające, niż mogłoby się wydawać decydentom w Pekinie.
Premier Wysp Salomona Matthew Wale ujął to prościej. „Bądźcie naszym przyjacielem, ale nam nie groźcie”, powiedział po teście, informując o złożeniu w Pekinie ostrego protestu. Premier Tuvalu Feleti Teo mówił o „poważnym zaniepokojeniu”. Australia nazwała próbę destabilizującą. Jeszcze dalej poszedł prezydent Palau Surangel Whipps junior. Jego interpretacja chińskiego komunikatu była brutalna i według niego Pekin, sugerował, pokazuje mieszkańcom Pacyfiku, że może zniszczyć każdą z ich wysp. Chińskie MSZ uznało te słowa za bezpodstawne i złośliwe.
Dwa miesiące później spór dotarł na doroczny szczyt Forum Państw Pacyfiku w Palau. W sierpniu ministrowie spraw zagranicznych 18 członków organizacji nie byli jeszcze w stanie uzgodnić wspólnego stanowiska. Na początku września przywódcy zaszli dalej niż ktokolwiek mógł się spodziewać, zwłaszcza w Pekinie. Większość poparła deklarację wyrażającą zaniepokojenie próbą i wzywającą państwa dokonujące podobnych testów do co najmniej 24-godzinnego uprzedzania regionu. Nauru formalnie się od stanowiska odcięło, a Kiribati nie uczestniczyło w końcowej sesji przywódców. Nie było więc jednomyślności ani formalnego potępienia Chin. Była jednak rzecz, której jeszcze miesiąc wcześniej nie było, czyli regionalne stanowisko, które Pekin próbował powstrzymać, lecz którego nie zdołał zablokować.
To skromny sukces, jeżeli mierzyć go językiem komunikatów dyplomatycznych, ale może być znaczący, jeśli mierzyć go zmianą oczekiwań i percepcji.
Jeszcze niedawno głównym chińskim problemem na Pacyfiku było przekonanie państw wyspiarskich, że wzrost znaczenia ChRL nie oznacza militaryzacji regionu. Pekin oferował drogi, porty, budynki rządowe, telekomunikację i szkolenia policyjne. Zapewniał, że w przeciwieństwie do dawnych mocarstw kolonialnych szanuje wybór lokalnych rządów. Dla wielu państw była to atrakcyjna propozycja. Konkurencja między Chinami a tradycyjnymi partnerami dawała możliwość zdobywania infrastruktury, pomocy i dostępu do rynku bez konieczności jednoznacznego opowiadania się po którejś stronie.
Strategia przyniosła rezultaty. Wyspy Salomona podpisały w 2022 roku z Chinami niejawne porozumienie bezpieczeństwa. Pekin rozwijał współpracę policyjną w kilku krajach. Kiribati i Wyspy Salomona zerwały w 2019 roku stosunki dyplomatyczne z Tajwanem. Nauru zrobiło to w 2024 roku. Spośród państw Pacyfiku Tajwan uznają już tylko Palau, Tuvalu i Wyspy Marshalla.
Nie oznacza to jednak, że Chiny zastąpiły Australię i Amerykę. Region jest raczej pokryty kilkoma nakładającymi się sieciami zależności. Palau, Wyspy Marshalla i Sfederowane Stany Mikronezji pozostają związane z USA umowami o wolnym stowarzyszeniu, dającymi Waszyngtonowi szczególne prawa w sferze bezpieczeństwa. Papua-Nowa Gwinea zacieśniła związki obronne z Australią. Canberra ma również umowy bezpieczeństwa z Tuvalu i Nauru. W lipcu Australia i Fidżi podpisały dwa nowe traktaty, w tym Sojusz Pokojowego Oceanu (Ocean of Peace Alliance), wprowadzający zobowiązania dotyczące wzajemnej pomocy wojskowej. Nowa Zelandia zaczęła rozważać dołączenie do tego układu.
Chińską rakietę wystrzelono tego samego dnia, w którym premierzy Australii i Fidżi podpisali te porozumienia. Oczywiście, może był to zbieg okoliczności, ale mało kto w to wierzy. W polityce percepcja często liczy się bardziej od faktów i intencji. W oczach części elit pacyficznych Chiny dostarczyły niemal podręcznikowej ilustracji argumentu podnoszonego często przez Australię, że region potrzebuje silniejszych mechanizmów wzajemnego bezpieczeństwa, bo wraz ze wzrostem chińskiej potęgi militarnej to, co jeszcze niedawno wydawało się odległą rywalizacją mocarstw, zaczyna przelatywać nad ich głowami.
Jest to szczególnie kłopotliwe dla chińskiej dyplomacji dlatego, że państwa Pacyfiku właśnie próbowały nadać regionalnej polityce niezaangażowania własny wyraz. W 2025 roku Forum Wysp Pacyfiku przyjęło Deklarację Pokoju Niebieskiego Pacyfiku (Blue Pacific Ocean of Peace Declaration). Deklaracja ma uczynić z regionu przestrzeń, w której konkurencja strategiczna jest ograniczana, przymus odrzucany, a suwerenność małych państw respektowana. Co ciekawe, pomysł nie był pierwotnie antychiński. Miał raczej pozwolić wyspom powiedzieć zarówno Pekinowi, jak i Waszyngtonowi, aby nie zamieniajcie „naszego oceanu” w swoje pole bitwy. Test z lipca sprawił, że najbardziej abstrakcyjny fragment tej deklaracji, czyli sprzeciw wobec militaryzacji, nagle zdobył antychiński charakter.
Niemniej, mówienie o powstaniu „antychińskiej koalicji” wymaga ostrożności. Nikt w Suvie, Honiarze czy Port Vila nie zamierza tworzyć NATO Południowego Pacyfiku. Rządy wyspiarskie są wyczulone na traktowanie ich jako pionków. Dla większości z nich największym zagrożeniem bezpieczeństwa nadal pozostaje zmiana klimatu, nie chińskie rakiety. Pekin pozostaje też ważnym partnerem handlowym i inwestorem. Sprzeciw wobec chińskiego testu jest także daleki od jednolitości. Nauru, które dwa lata temu porzuciło Tajwan na rzecz ChRL, odmówiło poparcia stanowiska Forum. Kiribati zwracało uwagę, że Amerykanie również testują pociski dalekiego zasięgu i że zasady powinny obowiązywać wszystkich. To argument trudny do zbycia w regionie, na którego wyspach zachodnie mocarstwa przez dziesięciolecia przeprowadzały próby nuklearne.
Lecz koalicje strategiczne rzadko zaczynają się od jednomyślności i uroczystego podpisania sojusz. Częściej powstają dlatego, że kolejne rządy niezależnie od siebie podejmują decyzje zmierzające w podobnym kierunku. I właśnie to dzieje się na Pacyfiku. Australia rozwija sieć traktatów obronnych i policyjnych. Stany Zjednoczone rozbudowują infrastrukturę na Palau, gdzie powstaje system radarowy dalekiego zasięgu TACMOR. W przeszłości prezydent Whipps zabiegał także o amerykańską obronę przeciwrakietową, argumentując, że sama obecność radaru może uczynić Palau celem w razie wojny.
Waszyngton i Wellington właśnie zapowiedziały modernizację portu na atolu Penrhyn na Wyspach Cooka. USA przeznaczą na projekt 50 mln USD, a Nowa Zelandia około 10 mln. Oficjalnie chodzi o bezpieczeństwo żeglugi i rozwój gospodarczy. Porty na Pacyfiku są jednak klasycznym przykładem infrastruktury, której znaczenia cywilnego i strategicznego nie sposób całkowicie oddzielić. Równocześnie Australia i USA ogłosiły setki milionów dolarów dodatkowego finansowania dla państw wyspiarskich, a Canberra i Waszyngton pogłębiają własną współpracę wojskową.
Najbardziej wymowna może być zmiana na Wyspach Salomona. To właśnie ich porozumienie z Chinami z 2022 roku wywołało w Australii obawy przed powstaniem pierwszego chińskiego punktu militarnego w regionie. Nowy premier Matthew Wale rozpoczął jednak przegląd umowy z Pekinem i negocjacje szerokiego traktatu z Australią. Nie oznacza to zerwania z Chinami, ale sygnalizuje natomiast, że jedno z największych osiągnięć chińskiej dyplomacji bezpieczeństwa na Pacyfiku przestało wyglądać nieodwracalnie.
Chińska rakieta nie spowodowała tych procesów, ale pomaga je politycznie uzasadnić.
Pekin dodatkowo pogorszył swoją sytuację, łącząc spór rakietowy z walką o Tajwan. Palau należy do ostatnich państw uznających Republikę Chińską. Jako gospodarz tegorocznego Forum zaprosiło tajwańskiego ministra spraw zagranicznych Lin Chia-lunga na wydarzenia towarzyszące spotkaniu. Chiny zaprotestowały, ostrzegły przed „konsekwencjami”, a Palau znalazło się na chińskiej liście kierunków uznawanych za niebezpieczne dla turystów. Australia i Nowa Zelandia odpowiedziały, że o uczestnikach Forum decydują jego członkowie, nie Pekin. Dla Chin presja ma logikę. Każda międzynarodowa obecność tajwańskiego ministra podważa ich „zasadę jednych Chin”. Dla państw wyspiarskich sprawa może jednak wyglądać inaczej. Wielkie państwo próbuje narzucić małemu gospodarzowi, kogo wolno mu zapraszać.
Dla chińskich strategów powinna być w tym wszystkim jedna szczególnie niepokojąca lekcja. Pekin od dawna oskarża Waszyngton o okrążanie Chin takimi inicjatywami, jak AUKUS, Quad, sojusze z Japonią, Koreą Południową, Australią i Filipinami oraz rosnąca obecność amerykańska w zachodnim Pacyfiku. Mają one według chińskiej narracji tworzyć azjatycką wersję NATO. Na Pacyfiku zachodzi jednak proces trudniejszy do przedstawienia jako amerykański spisek. Nie powstaje jeden blok. Powstaje archipelag porozumień.
Fidżi może zachować dobre relacje gospodarcze z Chinami, a zarazem wejść w sojusz obronny z Australią. Wyspy Salomona mogą utrzymać chińskie inwestycje, a jednocześnie ograniczyć zależność bezpieczeństwa od Pekinu. Palau może być gospodarczo zainteresowane chińskim rynkiem, ale gościć amerykański radar i bronić relacji z Tajwanem. Kiribati może sprzeciwiać się wskazywaniu wyłącznie Chin, ale poprzeć zasadę wcześniejszego ostrzegania o testach.
To nie jest antychiński front. To raczej stopniowe podnoszenie kosztów i złożoności chińskiej polityki przymusu. Nie sądzę, aby Pekin był na to przygotowany.
